kawałek książki ...

 

Szukam solidnego wydawcy moich książek – w wersji papierowej.
____________________________________________________

I am looking for a reliable publisher of my books - on paper.



  
     literatura mniejsza :-))))))     







Los Angeles – 1989


Zatrudnił mnie Gary Novotny – syn czeskich imigrantów – właściciel firmy naprawiającej parkiety i meble. Praca była czasami dość ciężka ale znośna – no i dawała regularnie, każdego tygodnia fajną wypłatę.

W firmie Novotny’s Refinishing pracowałem razem z dwoma rockowymi muzykami z nieznanej jeszcze wtedy kapeli ‘Tattoo Rodeo’. Byli to gitarzysta basowy, wokalista i kompozytor Dennis Churchill - Dries oraz wyśmienity gitarzysta Rick Chadock, który swego czasu dostał propozycję grania w legendarnym Kiss. W 1989 roku właśnie nagrywali swoją pierwszą płytę. Potem, po moim wyjeździe w 1990 roku mieli hita na topie i stali się dość popularni.

Praca u Garego dawała też tzw. ‘niespodziewanki’. Pewnego gorącego i bardzo suchego popołudnia (jak to zwykle w południowej Kaliforni w środku lata) kiedy miałem już po skończonym dniu pracy jechać do domu nagle zawołał mnie szef firmy, w której pracowałem Gary Novotny i zapytał czy chcę jeszcze popracować tzw. overtime czyli nadgodziny za 100% wyższą stawkę godzinową. Jasne! - wykrzyknąłem z radością i dość szybko w obawie aby nic się nie zmieniło. Zostaliśmy wezwani do nagłej naprawy drewnianej boazerii uszkodzonej w czasie usuwania awarii pękniętej rury wodnej. Szef zwykle nie jeździł na takie wezwania dlatego bardzo mnie dziwiło dlaczego tym razem na przykład nie przełożył sprawy na następny dzień tylko jechał osobiście. Nie pytałem go o to bo nawet nie było czasu. W pośpiechu załadowaliśmy sprzęt, materiały i chwilę potem gnaliśmy już po przebiegającej wzdłuż Californi pięknej, ośmiopasmowej autostradzie zwanej przez tubylców po prostu ("5") piątka. Wkrótce zjechaliśmy z "5", kluczyliśmy nieco po pięknych i bardzo zadbanych ulicach, aż wreszcie podjechaliśmy pod wielką żelazną bramę w białym kolorze, za którą było widać część dużego (tak samo białego jak brama) domu.

OK Yahu - odezwał się milczący przez całą drogę szef - jesteś w Beverly Hills - tak jakby wiedział, że to moja pierwsza w życiu wizyta na tej przesyconej bogactwem i sławą ziemi. Wjechaliśmy na ogromny i zacieniony jakimiś pachnącymi drzewami i krzewami plac przed owym przepięknym domem. Zaparkowaliśmy ciężarówkę ze sprzętem i narzędziami. Gary, jako urodzony Kalifornijczyk czyli o niebo lepiej władający językiem angielskim ode mnie, pierwszy zastukał do drzwi. Te drzwi wyglądały jak jakieś ciężkie, rzeźbione pałacowe wrota. Nad naszymi głowami dyskretnie zaszumiała przekręcająca się w naszym kierunku kamera. Jakiś męski głos z malutkiego głośnika obok zapytał uprzejmie - w jakiej przybyliśmy sprawie i do kogo ? Gary sprawnie objaśnił co nieco i po chwili drzwi zaczęły się uchylać. Otworzyła je starsza, czarnoskóra kobieta. Okazało się później, że była to naczelna gosposia w tej posiadłości. Zaprowadziła nas do dużego pomieszczenia, które wyglądało jak kuchnia połączona zmyślnie z jadalnią-miało to wszystko razem chyba z 70 m2. Pokazała zniszczoną boazerię, zapytała jakie są nasze ulubione napoje i ile tego chcemy, po czym odeszła, zapewne po te napoje.

Ja natomiast zapragnąłem odwiedzić WC. Wyszedłem zatem z owej kuchnio-jadalni na tzw. hall - też jakieś 80m2 i zacząłem szukać miejsca, którego znalezienie było od kilku minut moim "marzeniem". Otworzyłem jakieś drzwi, które jednak okazały się drzwiami do innego pokoju, a nie do upragnionego WC. Już miałem te dźwierza za sobą zatrzasnąć gdy nagle przed oczami śmignęła mi ciemna, malutka i znajoma figurka na podobieństwo starego gramofonu. Uchyliłem ponownie drzwi - Chryste! - toż to najprawdziwsze i sławne na cały cywilizowany świat statuetki GRAMMY AWARD.

Na niewielkiej komódce stało sześć takich, a na ścianie mieniły się zawieszone względem siebie symetrycznie ZŁOTE i PLATYNOWE PŁYTY. Były różnego rozmiaru zarówno single jak i longplaye. Był tego ogrom! - liczenie wydawało mi się syzyfową pracą. Oniemiałem z wrażenia jak zacząłem czytać napisy na owych płytach i statuetkach, a mianowicie powtarzająca się nazwa Earth Wind & Fire !!!

Stałem tak przez dłuższą chwilę rozpoznając pośród napisów tytuły, które jeszcze nie tak dawno grywałem gdzieś po polskich dyskotekach, gdy dokładnie umiejscowione ciśnienie ponownie przypomniało mi, że czas poszukać wreszcie tego WC. Kiedy wróciłem do kuchnio - jadalni by podzielić się moim odkryciem z Garym - ten zupełnie niewzruszony odpowiedział - no przecież wiem kto i gdzie wzywał mnie na robotę. Zdawał się wyglądać na takiego co to wcale go nie porusza fakt, że jest w posiadłości lidera genialnego zespołu Earth Wind & Fire – Maurice White.

Dla Garego żyjącego w USA od urodzenia Pan White to po prostu sławny i bogaty facet jakich wielu w południowej Californi, facet śpiewający piosenki, których na dodatek Gary nie lubi bo jest fanem hard rocka. Jednak dla mnie, discjockeya z Polski zafascynowanego R&B / Disco, Maurice White to ikona, guru, świętość prawdziwa. Jeśli z czymś kojarzą mi się przyjemne momenty w historii polskich dyskotek (a dyskoteki i praca deejaya to przecież całe moje życie) to ponad wszelką wątpliwość są to płyty/przeboje Earth Wind & Fire, które były i są uwielbiane przeze mnie i przez tysiące moich rodaków.

Robiliśmy z Garym swoje - przycinaliśmy drewienka, babrali się w barwnikach, klejach i chemikaliach aby dopasować nową część boazerii do koloru/faktury tej starej oryginalnej podobno jeszcze z lat dwudziestych. Nasza praca zbliżała się ku końcowi i zawsze w takich chwilach dostawaliśmy czek/zapłatę za wykonaną pracę. Na moment odwiedziła nas wspomniana w tej historii wcześniej gosposia, po czym widząc, że praca jest na ukończeniu odeszła. Po dłuższej chwili drzwi do kuchnio - jadalni otworzyły się dość szeroko i ukazał się w nich czarnoskóry mężczyzna szczupłej postury w fioletowym, jedwabnym chyba, bo dość błyszczącym szlafroku i rozpiętych sandałach. Spodziewaliśmy się, że czek przyniesie gosposia-i po robocie. Do głowy nam nie przyszło, że właściciel domu osobiście zechce sprawdzić jak też załataliśmy (w artystyczny niemal sposób) jego boazerię. Tego było dla mnie za wiele jak na jeden dzień. Łzy wzruszenia napłynęły mi do oczu i na Boga nie wiedziałem dlaczego, a co gorsza wcale tego nie kontrolowałem.

Pan White rozmawiał chwilę z Garym po czym spojrzał krótko na mnie, zauważył, że coś nie tak, że wycieram ukradkiem gębę i zapytał Garego - co z tym facetem? Gary po chwili konsternacji rzucił kilka szczerych słów na mój temat - a to, że polityczny imigrant z komunistycznej jeszcze wtedy Polski, a to że deejay, który grał w polskich dyskotekach amerykańskie płyty, a to że pewnie nigdy nie widziałem z bliska tak wielkiej / sławnej gwiazdy. Zainteresowało to pewnie Pana White bo coś tam dłużej mówił do Garego, a co było zbyt trudnym dla mnie do zrozumienia angielskim. Po chwili tej rozmowy odwrócił się do mnie lekko uśmiechnięty i wykonał (jak dla mnie) najlepszy występ/sztukę jaką mógł wykonać, coś czego nic i nikt nigdy nie wymaże z mej pamięci, a mianowicie - podał mi dłoń, podziękował za dobrze wykonaną robotę, życzył powodzenia i powiedział spokojnym, dość cichym głosem, wcale nie podobnym do tego znanego mi z nagrań płytowych, że - "jeżeli zawsze pracujesz tak solidnie jak przy mojej boazerii to pewnie i puszczanie amerykańskich płyt w polskich dyskotekach wykonywałeś porządnie".


Mr. MAURICE WHITE (1941 - 2016 RIP)


-------- ------- więcej - znacznie więcej w mojej książce: 

http://1952yahudeejay1970.blogspot.com/p/my-books.html




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz